Moja córka przez zeszły rok szkolny nabawiła się fobii przed językiem angielskim. Powodem była zmiana nauczycielki na taką, która całe życie uczyła nastolatków (córka ma 8 lat, chodziła wtedy do drugiej klasy szkoły podstawowej). Z tego powodu wymagania i sposób prowadzenia zajęć były zupełnie niedopasowane do małych dzieci. Co więcej, same wymagania wykraczały poza podstawę programową w miejscu, które dla takich maluchów jest bardzo trudne do przeskoczenia.

Tak, przeczytałam podstawę, bo w głowie mi się nie mieści uczenie ośmiolatków pisowni słów w języku angielskim, kiedy po polsku popełniają masę błędów – bo przecież tego też dopiero się uczą. I otóż podstawa nakazuje umiejętność rozpoznawania i wskazywania słowa napisanego, a nie odtwarzania go z pamięci. I nie mówię tu o wyrazach typu: cat, dog. U nas obowiązującymi słowami do zapisania były: weather, autumn, winter, cloudy itp. Przez to, że dziecku nie szło zapamiętanie pisowni, mimo że naprawdę się starała i wcześniej podchodziła do nauki języka z entuzjazmem, odechciało jej się tak bardzo, że nawet dodatkowe zajęcia, z inną nauczycielką, pełne zabaw i bez zmuszania do pisania, przestały ją cieszyć. Przestała się chwalić, czego się nauczyła, nie chciała już nawet słuchać piosenek po angielsku, które zawsze uwielbiała. Całe wakacje reagowała alergicznie na próby podjęcia tematu nauki języka i wymyślała dziesiątki argumentów dlaczego tego nie potrzebuje.

Aż tu nagle…

Sobota, połowa sierpnia.  Córka stwierdziła, że dziś jest dzień angielskiego. Zdziwiona zapytałam co będziemy dokładnie robiły. „Chciałabym zrozumieć, czemu w angielskim jest tyle różnych tak.” – odpowiedziała i wreszcie zaczęły wypływać wszystkie drobne, nieusystematyzowane sprawy, których maluchom nikt nie tłumaczy.  Pomogły nam materiały ze strony anglomaniacy.pl, a kilka dni wcześniej trafiła do nas również gra wydawnictwa Pilch – „English Eaters. Chatter”. Obawiałam się, że może przerosnąć możliwości ośmiolatki, ale część klocków do samodzielnego stworzenia planszy była zrozumiała i na poziomie jej słownictwa. Córka sama ułożyła planszę, co okazało się bardzo zachęcające i wciągające w proces uczenia. Podczas gry pilnowałam jedynie, żeby przestrzegała w zdaniach zasady poznane wcześniej. Z wymyślaniem pojedynczych słówek z danej kategorii nie było problemu. Bardzo polecamy tę grę.

Co dalej?

W edukacji domowej korzystamy raczej z różnych dostępnych materiałów niż z konkretnego podręcznika (jeśli tak, to tylko po to, żeby mieć ściągę ze słownictwa i zwrotów do opanowania). W domu mamy zestawy „New English Adventure” z postaciami Disney’a. Podręcznik i nagrania bardzo cieszą dziecko, więc chętnie do nich sięga, ale ćwiczenia, jak wszystkie ćwiczenia do języka angielskiego, które miałam w ręku, naprawdę nie wiem czego mają uczyć. Przyklejanie naklejek, przepisywanie słów po śladzie. Mnie to nie przekonuje – jeśli pisanie, niech dziecko samo zanotuje kilka słów, zdań, zrobi sobie fiszki, wtedy zapamięta – bo po prostu bardziej się zaangażuje, zgodnie z tym, co mówi neurodydaktyka.

W nowej szkole porozmawiałam z nauczycielką języka, dowiedziałam się na czym pracuje (seria „Tiger”), czego będzie wymagała na koniec roku szkolnego. Umówiłyśmy się na zaliczenie materiału partiami co około miesiąc. Córka bardzo polubiła nową szkołę, więc i tak chętnie ją odwiedzamy.

Przygotowania.

Tak naprawdę wrzesień pod względem języka nie był łatwy. Jak wspominałam wcześniej, córka była bardzo zniechęcona po przejściach w szkole. Okazało się też, że przez te dwa lata, zamiast się czegoś nauczyć, systematycznie zapominała to, czego z chęcią nauczyła się wcześniej. Poskutkowało to faktem, że poza materiałem przewidzianym na wrzesień, musiałyśmy się uporać z dwuletnimi zaległościami. Zajęło nam to dwa tygodnie. Jestem bardzo zadowolona z faktu, jak małej poszło. Alfabet i nazwy miesięcy opanowała sama dzięki piosenkom na kanale Youtube. Potem doszły pytania wyrywkowe typu „w którym miesiącu są twoje urodziny?” – tutaj przykłady były tak dobrane, żeby na każdy miesiąc wybrać coś ciekawego dla córki (Halloween, Christmas, holidays, school’s ending etc.). Szybko też udało się przypomnieć sobie umiejscowienie pozycji przedmiotów, tu znów niezawodne English Sing Sing oraz nasze „spacerowe” rozmówki.

Na zaliczeniu z języka angielskiego.

Muszę przyznać, że bardzo obawiałam się tego pierwszego zaliczenia materiału. Nie wiedziałam, jak nauczycielka podejdzie do tematu, jak zapatruje się na pisanie słówek z pamięci. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne. Córka napisała krótki test na zasadzie połącz obrazek ze zwrotem, czy też zwrot polski ze zwrotem angielskim, a na koniec korzystając z podanych wyrazów należało uzupełnić zdania. Później odbyła się część ustna. Nauczycielka zadała pytania z listy, którą dostałyśmy wcześniej… i po strachu. Całość zajęła około piętnastu minut. Mała była zdecydowanie mniej zestresowana ode mnie (no i słusznie, w końcu to moje umiejętności uczenia były de facto sprawdzane). Następnym razem zapewne wszystkie trzy podejdziemy do sprawy dużo spokojniej, jako że się lepiej poznałyśmy.

Linki do książek i materiałów

  1. Portal: anglomaniacy.pl
  2. Elementarz języka angielskiego + CD: „Cat in the book” Ewa Cisowska
  3. Gra planszowa: „English Eater. Chatter” Pilch
  4. English Sing Sing – kanał na YouTube

Wspieramy naukę

Edukacja domowa

Edukacja domowa i neurodydaktyka

Czy słyszeliście kiedyś o neurodydaktyce? W skrócie, ta stosunkowo młoda gałąź nauki tłumaczy procesy uczenia się, co je wspomaga, hamuje, jak działa mechanizm kija i marchewki, jakie są rodzaje motywacji do działania i czy są skuteczne.

Pierwszy tydzień z ED

Pierwszy tydzień za nami. Jakie wrażenia? Dla nas na razie same plusy: o wiele mniej stresów, napięć, i wszystko zrobione zgodnie z założeniami.

Zaczynamy edukację domową

Od dłuższego czasu zastanawialiśmy się co zrobić z edukacją naszej córki. Od września będzie uczyła się z nami w domu. Dlaczego i jak do tego doszło? Już opisuję.

Pin It on Pinterest

Share This